- NAJNOWSZE NEWSY
- ZADUSZKI JAZZOWE: Przemysław Strączek International Group
- W sierpniu Katowice zmienią się w europejską stolicę Frisbee.
- Graffiti w rytm muzyki, czyli malowanie autobusu
- MECZ BOKSERSKI NA MARIACKIEJ!!!!
- Wyniki konkursu Zapuść korzenie w swoim mieście
- Wrzesień z biblioteką miejską
- Uroczyste obchody Dnia Wojska Polskiego
- BLUES NA MARIACKIEJ!!!
- OGŁOSZENIA
- >>>WALENTYNKOWY KULIG 14.02.2012 - ATRAKCYJNA CENA+ROMANTYCZNA ATMOSFERA<<<
- spodenki
- Wyjątkowa artystyczna fotografia ślubna, dziecięca i ciążowa
- ORIFLAME - Zostań Konsultantką/Konsultantem
- Drogi rodaku
- Administrator Bezpieczeństwa Informacji
- Praca dla osób niezależnych w domu
- Praca stała lub dodatkowa dla chcących pracować i zarabiać
- Szkolenie ochrona środowiska, odpady, sprawozdawczość – Promocja
- Szkolenie ISO 14001 Kraków, Pełnomocnik i auditor wewnętrzny ISO 14001, Kursy ISO 14001
- Przygotowanie raportu do KOBIZE oraz dokumentacji w zakresie gospodarki odpadami – warsztaty teoretyczno-praktyczne
- Szkolenie ISO 9001 Kraków, Pełnomocnik i auditor wewnętrzny ISO 9001, Kursy ISO 9001
2010-01-25
12 lat Piotra Uszoka
Prezydent Katowic jest jednym z najdłużej urzędujących samorządowców w naszym regionie. Podczas 12 lat urzędowania Katowice bardzo się zmieniły, wybudowano wiele dróg, zmodernizowano ulice, przebudowo centrum miasta. Pozostało jednak jeszcze wiele pracy do wykonania. Jakie plany ma Piotr Uszok na następne lata? Przeczytaj teraz.
Fot. wiipedia.pl
1980 rok młody Piotr Uszok kończy studia na Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie. Rozpoczyna pracę w kopalni. Dołącza do robotników, wśród, których słychać już głosy buntu, sprzeciwu. Wieści z Pomorza niosą się szerokim echem. Czy wśród załogi katowickiej kopalni Murcki, w której Pan pracował można było odczuć atmosferę zbliżających się strajków?
Piotr Uszok: Tak, oczywiście odczuwaliśmy to wszyscy, lecz chciałbym wrócić jeszcze do okresu wcześniejszego. W roku 80 była przecież słynna, nierozwiązana do tej pory sprawa zabójstwa Staszka Pyjasa, w tym okresie były Czarne Juwenalia. Koniec studiów to okres wielkich niepokojów społecznych. Moja praca w kopalni była bardzo, krótka zaledwie od 1 kwietnia do 31 grudnia 1980 r. W związku z wydarzeniami w kraju zostałem powołany do wojska.
Służbę wojskową odbywał Pan w jednostce w Chorzowie. Czy w tym czasie żołnierze przebywający w śląskich koszarach uczestniczyli w wydarzeniach na Pomorzu?
P.U: Samo wojsko tak. Było wysyłane w różne regiony naszego kraju. Ja jednak osobiście nie brałem udziału w żadnych wydarzeniach. Byłem wykładowcą w szkole podchorążych, kształciłem kaprali i dlatego nie musiałem brać udziału w żadnych działaniach liniowych.
Czy podczas pracy w kopalni lub służby w wojsku czy czuło się w powietrzu bunt przeciw władzy ludowej?
P.U: Ciężko mówić o buncie. Nazwałbym to nastrojami niepokoju. Szczególnie w wojsku gdzie przecież w szkołach podchorążych byli studenci, którzy byli nauczeni wolności i nie zgadzali się na jakiekolwiek ograniczenia. U nas na Śląsku zostali skoszarowani nie tylko pod względem fizycznym, ale także pośrednio pod względem umysłowym. Pamiętam jak dziś, gdy 7 grudnia wydano rozkaz wyjścia do rezerwy, a potem 13 grudnia powrotu. Jednak prawie wszyscy rozkaz ten zbojkotowaliśmy. Gdy dowiedziałem się, co się stało nie stawiłem się do jednostki. Jednak nie mogło to trwać wiecznie. W poniedziałek stawiłem się już w jednostce.
Jak wyglądała Pana praca w kopalni? Młody inżynier, student AGH wszedł do załogi kopalni na stanowisko sztygara. Jak wyglądały pierwsze dniówki, nastroje załogi?
P.U: Oczywiście na początku odbyłem tzw. staż wstępny, byłem dozorcą urządzeń elektrycznych miałem stały kontakt z załogą i wśród załogi przede wszystkim można było odczuć nastroje niepokoju.
Kolejny okres pracy pod ziemią to kolejne awanse poprzez sztygara zmianowego, kierownika oddziału i nadsztygara. Lecz to chyba nie było to. Dążył Pan do tej polityki lokalnej?
P.U: Ja jednak nie nazwałbym bym tego polityką. Cały czas myślałem, że będę inżynierem technicznym. Technologia to była moja pasja. Od samego początku przez kierownictwo zostałem skierowany do prac najbardziej zaawansowanych technicznie m.in. budowa maszyn wyciągowych, przebudowa energocieplarniana i realizowałem się, miałem satysfakcje, kiedy dzwoniono do mnie z prośbą żebym przyjechał, bo jest awaria i brakuje fachowca, który by sobie z nią poradził. Lata biegły. W wieku 36 lat zadałem sobie pytanie, co dalej. Szczeble kariery zawodowej przeszedłem, wyższy awans był nie przewidywalny w dłuższym horyzoncie czasowym z uwagi na otoczenie. Wtedy zacząłem się interesować sprawami społecznymi. Absolutnie nie była to polityka, raczej były to sprawy publiczne w wymiarze lokalnym. Postanowiłem wystartować w wyborach lokalnych. Nie ukrywam, że był z tym związany wielki niepokój.
Jak zareagowała rodzina, jaki efekt dały pierwsze próby wejścia w szeregi samorządowców?
P.U: Pierwsza moja próba zakończona niepowodzeniem ze względów czysto formalnych nie załamała mnie. Postanowiłem nie odpuszczać, łatwo jest, bowiem w domu siedzieć, narzekać na wszystko wokoło i nic nie robić. Była to bardzo trudna decyzja przede wszystkim ze względu na rodzinę. Miałem małe córki, żonę - musiałem myśleć przede wszystkim o nich. Wiedziałem jednak, że nie mogę się poddać, odpuścić. Udało się w 1990 roku, gdy dostałem się do rady, później w roku 1994 ówczesny prezydent zaproponował mi stanowisko wiceprezydenta. W 1998 roku zrozumiałem, że żeby mieć realny wpływ na politykę miasta muszę wystartować w wyborach na prezydenta miasta. Wtedy jeszcze w wyborach pośrednich rada zaakceptowała moją kandydaturę.
Wróćmy jednak do pierwszej kadencji. 1990 rok czy podczas pierwszej kadencji w radzie miasta zdarzyły się szczególne sytuacje. Jakie miał Pan relacje z współpracownikami? Czy inni radni nie mieli wrażenia, że przychodzi młody, ambitny samorządowiec, który może namieszać, stworzyć jakąś niemiłą sytuację?
P.U: Myślę, że wtedy było nas wielu młodych, praktycznie wszyscy byliśmy prawie w tym samym wieku. Kilka osób tylko było z tych kręgów, którzy już się tą działalnością samorządową zajmowali. Uczucia naruszenia ładu, zburzenia hierarchii nie było. Odczuwałem wtedy uczucie bezsilności, że jako zwykły szeregowy radny, 1 z 55 powodowało ograniczenia. Właśnie to mnie determinowało, bo rzadko moje starania kończyły się sukcesem, czy też rozwiązaniem problemu, z którym przychodziłem.
Kolejne dwie kadencje w latach 1994 i 1998, która z wszystkich trzech była w Pana odczuciu najtrudniejsza?
P.U: Z kadencji, kiedy zasiadałem w Radzie Miasta bardzo trudna była ta druga, kiedy piastowałem urząd wiceprezydenta. Musiałem bardzo wiele rzeczy naprawiać. Patrząc jednak z perspektywy czasu to obecna kadencja jest najtrudniejsza. Przygotowujemy bardzo wiele projektów inwestycyjnych, budowlanych, na które trzeba mieć wiele pozwoleń. Niestety to wszystko trwa i dlatego mieszkańcy nie widzą na razie efektów, w postaci prac budowlanych na mieście. Kadencja powoli mija, projekty są przygotowane możemy działać dalej.
Czy od 1994 roku, kiedy został Pan wiceprezydentem miasta odczuwał Pan jakieś głosy, działania, że jest Pan przygotowywany na przyszłego prezydenta?
P.U: Ówczesny prezydent zrezygnował z kandydowania, więc postanowiłem podjąć to wyzwanie z demokratycznym poparciem kolegów. Były tzw. prawybory, które wygrałem przy niemałych emocjach, ale większość kolegów wskazała mnie na kandydata na prezydenta.
W 1998 roku rekomenduje Pana AWS. Czy nazwałby Pan to powrotem do korzeni?
P.U: Zdecydowanie tak, udało nam się wystartować z solidarnościowego skrzydła, jako samorządowcy, którzy zawsze popierali tą ideę i nigdy się od niej nie odżegnaliśmy.
Od 1998 roku jest Pan cały czas prezydentem Katowic, w ostatnich wyborach miażdżąco pokonał Pan wszystkich konkurentów, jaki jest przepis na skuteczną reelekcję?
P.U: Nie ma niestety skutecznego przepisu, gdyby taki był to wszyscy samorządowcy by z niego korzystali. Przede wszystkim trzeba spotykać się z mieszkańcami, być z nimi w stałym kontakcie, no i nie bać się podejmować trudnych decyzji, które na początku krytykowane, później okazują się słuszne.
Jedną z takich nie popularnych decyzji była sprawa GKS – u Katowice. Przez miasto aż pod urząd przeszła manifestacja kibiców, którzy domagając się wsparcia miasta dla klubu. Uważają, że jest ono za małe. Wielu ekspertów uważa jednak, że klub dostał już bardzo dużo a nie umie tego docenić i skonstruować własnej inicjatywy. Co Pan uważa na ten temat?
P.U: Ja wykazałem inicjatywę, nie mogę się poddawać strajkom, napięciom społecznym. Projekt stadionu został zaakceptowany. W ubiegłym roku dałem duże pieniądze, aby oddłużyć klub. Wyciągnąłem rękę i dałem 5 miesięcy na znalezienie sponsora strategicznego, niestety to nie nastąpiło. My chcemy temu klubowi pomóc, ale on nie może bazować tylko na pieniądzach miasta. Nie ma takiego klubu w Polsce, który działałby w ten sposób. Władze klubu również muszą wykazać inicjatywę.
Czy wg. Pana brak skutecznego działania może powodować częsta zmiana prezesów? Czy miasto stara się oddziaływać na zarząd klubu?
P.U: Oczywiście, że zmiana prezesów powoduje destabilizację w klubie. Gdy dawaliśmy publiczne pieniądze to kontrolowaliśmy jak są one wydawane. W tej chwili takiej możliwości już nie mamy. Nadużyciem byłoby ingerowanie w podmiot niezależny, jakim jest klub piłkarski.
Przebył Pan drogę z Mikołowa - miasta, w którym się Pan urodził poprzez Kraków i czasy Pana studiów aż do Katowic gdzie obecnie mieszka Pan i pracuje. Jak na przestrzeni lat zmieniła się zabudowa miasta, jego wygląd?
P.U: Żeby miasto się zmieniało to ludzie muszą mieć bardzo dobrą mentalność. I ona się zmienia i zmieniała na przestrzeni lat. W latach 80 w Katowicach studiowało 18 tys. ludzi obecnie studiuje 80 tys. I to zdecydowanie pomaga w rozwoju miasta. Miasto ciągle się zmienia. Realizowanych jest wiele inwestycji, modernizowane są ulice, a w zasadzie cały układ komunikacyjny. Na to wszystko potrzeba czasu. Doskonale dostrzegają to przybysze, którzy przyjeżdżają do Katowic od bardzo, bardzo dawna. M.in. mój kolega z Niemiec, który przyjechał do Katowic po bardzo wielu latach. Na naszym wspólnym spotkaniu klasowym zapytał, kto jest prezydentem tych Katowic, kto nimi zarządza, że to miasto się aż tak bardzo zmieniły? Na sali powstał śmiech wszyscy wskazali moją osobę i zrobiło się bardzo sympatycznie.
Katowice, jako miasto akademickie? Wzrost liczby studentów, uczelni prywatnych spowodowało zapotrzebowanie na mieszkania, stancje dla studentów. Czy miasto ma jakieś plany w tym kierunku?
P.U: Takie projekty mamy przygotowane na kilkaset mieszkań. Pierwsze mają być zrealizowane przy ul. Wojewódzkiej. Ma tam powstać sto kilkadziesiąt pokoi. Również budynki przy ul. Okrzei mają być modernizowane, a niektóre nawet budowane od nowa i tam mają powstać kolejne studenckie stancje. Również kamienice przy ul. Mariackiej 34 i 36 i cały ciąg mieszkań, tam również mogą powstać mieszkania akademickie.
W środowisku akademickim pojawiają się głosy, że Uniwersytet Śląski traci na atrakcyjności wśród mieszkańców spoza Górnego Śląska. Co raz mniej jest studentów z Podbeskidzia, Żywiecczyzny czy też Zagłębia. Profesorowie są tym zaniepokojeni, ponieważ wszyscy ci studenci pojawiają się na uczelniach prywatnych. Czy i dla tych osób znajdą się miejsca w ośrodkach akademickich?
P.U: Oczywiście, również i dla nich znajdzie się miejsce w naszych projektach. Budujemy mieszkania po to, aby zadowolić uczących się, którzy dojeżdżają na studia do Katowic.
Podsumowując chciałbym zadać jedno z najbardziej niewygodnych pytań. Jaka jest największa porażka Pana dwunastoletniej kadencji na stanowisku prezydenta.
P.U: Największa porażka, trudno powiedzieć. Na pewno nie porażka a chwilowe niezrealizowanie planu. Jestem bardzo niezadowolony z opóźnienia, jakie powstało przy przebudowie projektu rondo – rynek. Przede wszystkim przy budowie rynku, który powinien być szybciej zmodernizowany.
Chciałbym jeszcze zapytać, jakich wg. Pana i mieszkańców instytucji brakuje w Katowicach? Co należałoby jeszcze zbudować?
P.U: Żeby odpowiedzieć na to pytanie musielibyśmy przeprowadzić badania opinii publicznej. Takowych nie było. Jednak ja osobiście myślę, że w Katowicach przydałaby się większa ilość basenów. To na pewno byłoby dla mieszkańców bardzo przydatne.
A osobiście, jakie prezydent Uszok ma plany na najbliższy czas. Pozostaje Pan w polityce lokalnej, samorządowej czy może podobnie jak Kazimierz Kutz postara się Pan się dostać do senatu albo sejmu?
P.U: Na pewno chcę wygrać jeszcze wybory w tym roku. A potem będę chciał poszukać innego zajęcia. W grę wchodzą dwa wyjścia: pozostanie w życiu publicznym albo wycofanie się z niego.
Czy wobec tego kreuje Pan kogoś na swego następcę?
P.U: Jeszcze nie ma takiej osoby. Dlatego droga jest otwarta dla radnych wybranych w tegorocznych wyborach. Musi pojawić się jakaś ciekawa, ambitna osoba, która mogłaby zostać moim następcą i skutecznie kierować miastem.
Piotr Uszok: Tak, oczywiście odczuwaliśmy to wszyscy, lecz chciałbym wrócić jeszcze do okresu wcześniejszego. W roku 80 była przecież słynna, nierozwiązana do tej pory sprawa zabójstwa Staszka Pyjasa, w tym okresie były Czarne Juwenalia. Koniec studiów to okres wielkich niepokojów społecznych. Moja praca w kopalni była bardzo, krótka zaledwie od 1 kwietnia do 31 grudnia 1980 r. W związku z wydarzeniami w kraju zostałem powołany do wojska.
Służbę wojskową odbywał Pan w jednostce w Chorzowie. Czy w tym czasie żołnierze przebywający w śląskich koszarach uczestniczyli w wydarzeniach na Pomorzu?
P.U: Samo wojsko tak. Było wysyłane w różne regiony naszego kraju. Ja jednak osobiście nie brałem udziału w żadnych wydarzeniach. Byłem wykładowcą w szkole podchorążych, kształciłem kaprali i dlatego nie musiałem brać udziału w żadnych działaniach liniowych.
Czy podczas pracy w kopalni lub służby w wojsku czy czuło się w powietrzu bunt przeciw władzy ludowej?
P.U: Ciężko mówić o buncie. Nazwałbym to nastrojami niepokoju. Szczególnie w wojsku gdzie przecież w szkołach podchorążych byli studenci, którzy byli nauczeni wolności i nie zgadzali się na jakiekolwiek ograniczenia. U nas na Śląsku zostali skoszarowani nie tylko pod względem fizycznym, ale także pośrednio pod względem umysłowym. Pamiętam jak dziś, gdy 7 grudnia wydano rozkaz wyjścia do rezerwy, a potem 13 grudnia powrotu. Jednak prawie wszyscy rozkaz ten zbojkotowaliśmy. Gdy dowiedziałem się, co się stało nie stawiłem się do jednostki. Jednak nie mogło to trwać wiecznie. W poniedziałek stawiłem się już w jednostce.
Jak wyglądała Pana praca w kopalni? Młody inżynier, student AGH wszedł do załogi kopalni na stanowisko sztygara. Jak wyglądały pierwsze dniówki, nastroje załogi?
P.U: Oczywiście na początku odbyłem tzw. staż wstępny, byłem dozorcą urządzeń elektrycznych miałem stały kontakt z załogą i wśród załogi przede wszystkim można było odczuć nastroje niepokoju.
Kolejny okres pracy pod ziemią to kolejne awanse poprzez sztygara zmianowego, kierownika oddziału i nadsztygara. Lecz to chyba nie było to. Dążył Pan do tej polityki lokalnej?
P.U: Ja jednak nie nazwałbym bym tego polityką. Cały czas myślałem, że będę inżynierem technicznym. Technologia to była moja pasja. Od samego początku przez kierownictwo zostałem skierowany do prac najbardziej zaawansowanych technicznie m.in. budowa maszyn wyciągowych, przebudowa energocieplarniana i realizowałem się, miałem satysfakcje, kiedy dzwoniono do mnie z prośbą żebym przyjechał, bo jest awaria i brakuje fachowca, który by sobie z nią poradził. Lata biegły. W wieku 36 lat zadałem sobie pytanie, co dalej. Szczeble kariery zawodowej przeszedłem, wyższy awans był nie przewidywalny w dłuższym horyzoncie czasowym z uwagi na otoczenie. Wtedy zacząłem się interesować sprawami społecznymi. Absolutnie nie była to polityka, raczej były to sprawy publiczne w wymiarze lokalnym. Postanowiłem wystartować w wyborach lokalnych. Nie ukrywam, że był z tym związany wielki niepokój.
Jak zareagowała rodzina, jaki efekt dały pierwsze próby wejścia w szeregi samorządowców?
P.U: Pierwsza moja próba zakończona niepowodzeniem ze względów czysto formalnych nie załamała mnie. Postanowiłem nie odpuszczać, łatwo jest, bowiem w domu siedzieć, narzekać na wszystko wokoło i nic nie robić. Była to bardzo trudna decyzja przede wszystkim ze względu na rodzinę. Miałem małe córki, żonę - musiałem myśleć przede wszystkim o nich. Wiedziałem jednak, że nie mogę się poddać, odpuścić. Udało się w 1990 roku, gdy dostałem się do rady, później w roku 1994 ówczesny prezydent zaproponował mi stanowisko wiceprezydenta. W 1998 roku zrozumiałem, że żeby mieć realny wpływ na politykę miasta muszę wystartować w wyborach na prezydenta miasta. Wtedy jeszcze w wyborach pośrednich rada zaakceptowała moją kandydaturę.
Wróćmy jednak do pierwszej kadencji. 1990 rok czy podczas pierwszej kadencji w radzie miasta zdarzyły się szczególne sytuacje. Jakie miał Pan relacje z współpracownikami? Czy inni radni nie mieli wrażenia, że przychodzi młody, ambitny samorządowiec, który może namieszać, stworzyć jakąś niemiłą sytuację?
P.U: Myślę, że wtedy było nas wielu młodych, praktycznie wszyscy byliśmy prawie w tym samym wieku. Kilka osób tylko było z tych kręgów, którzy już się tą działalnością samorządową zajmowali. Uczucia naruszenia ładu, zburzenia hierarchii nie było. Odczuwałem wtedy uczucie bezsilności, że jako zwykły szeregowy radny, 1 z 55 powodowało ograniczenia. Właśnie to mnie determinowało, bo rzadko moje starania kończyły się sukcesem, czy też rozwiązaniem problemu, z którym przychodziłem.
Kolejne dwie kadencje w latach 1994 i 1998, która z wszystkich trzech była w Pana odczuciu najtrudniejsza?
P.U: Z kadencji, kiedy zasiadałem w Radzie Miasta bardzo trudna była ta druga, kiedy piastowałem urząd wiceprezydenta. Musiałem bardzo wiele rzeczy naprawiać. Patrząc jednak z perspektywy czasu to obecna kadencja jest najtrudniejsza. Przygotowujemy bardzo wiele projektów inwestycyjnych, budowlanych, na które trzeba mieć wiele pozwoleń. Niestety to wszystko trwa i dlatego mieszkańcy nie widzą na razie efektów, w postaci prac budowlanych na mieście. Kadencja powoli mija, projekty są przygotowane możemy działać dalej.
Czy od 1994 roku, kiedy został Pan wiceprezydentem miasta odczuwał Pan jakieś głosy, działania, że jest Pan przygotowywany na przyszłego prezydenta?
P.U: Ówczesny prezydent zrezygnował z kandydowania, więc postanowiłem podjąć to wyzwanie z demokratycznym poparciem kolegów. Były tzw. prawybory, które wygrałem przy niemałych emocjach, ale większość kolegów wskazała mnie na kandydata na prezydenta.
W 1998 roku rekomenduje Pana AWS. Czy nazwałby Pan to powrotem do korzeni?
P.U: Zdecydowanie tak, udało nam się wystartować z solidarnościowego skrzydła, jako samorządowcy, którzy zawsze popierali tą ideę i nigdy się od niej nie odżegnaliśmy.
Od 1998 roku jest Pan cały czas prezydentem Katowic, w ostatnich wyborach miażdżąco pokonał Pan wszystkich konkurentów, jaki jest przepis na skuteczną reelekcję?
P.U: Nie ma niestety skutecznego przepisu, gdyby taki był to wszyscy samorządowcy by z niego korzystali. Przede wszystkim trzeba spotykać się z mieszkańcami, być z nimi w stałym kontakcie, no i nie bać się podejmować trudnych decyzji, które na początku krytykowane, później okazują się słuszne.
Jedną z takich nie popularnych decyzji była sprawa GKS – u Katowice. Przez miasto aż pod urząd przeszła manifestacja kibiców, którzy domagając się wsparcia miasta dla klubu. Uważają, że jest ono za małe. Wielu ekspertów uważa jednak, że klub dostał już bardzo dużo a nie umie tego docenić i skonstruować własnej inicjatywy. Co Pan uważa na ten temat?
P.U: Ja wykazałem inicjatywę, nie mogę się poddawać strajkom, napięciom społecznym. Projekt stadionu został zaakceptowany. W ubiegłym roku dałem duże pieniądze, aby oddłużyć klub. Wyciągnąłem rękę i dałem 5 miesięcy na znalezienie sponsora strategicznego, niestety to nie nastąpiło. My chcemy temu klubowi pomóc, ale on nie może bazować tylko na pieniądzach miasta. Nie ma takiego klubu w Polsce, który działałby w ten sposób. Władze klubu również muszą wykazać inicjatywę.
Czy wg. Pana brak skutecznego działania może powodować częsta zmiana prezesów? Czy miasto stara się oddziaływać na zarząd klubu?
P.U: Oczywiście, że zmiana prezesów powoduje destabilizację w klubie. Gdy dawaliśmy publiczne pieniądze to kontrolowaliśmy jak są one wydawane. W tej chwili takiej możliwości już nie mamy. Nadużyciem byłoby ingerowanie w podmiot niezależny, jakim jest klub piłkarski.
Przebył Pan drogę z Mikołowa - miasta, w którym się Pan urodził poprzez Kraków i czasy Pana studiów aż do Katowic gdzie obecnie mieszka Pan i pracuje. Jak na przestrzeni lat zmieniła się zabudowa miasta, jego wygląd?
P.U: Żeby miasto się zmieniało to ludzie muszą mieć bardzo dobrą mentalność. I ona się zmienia i zmieniała na przestrzeni lat. W latach 80 w Katowicach studiowało 18 tys. ludzi obecnie studiuje 80 tys. I to zdecydowanie pomaga w rozwoju miasta. Miasto ciągle się zmienia. Realizowanych jest wiele inwestycji, modernizowane są ulice, a w zasadzie cały układ komunikacyjny. Na to wszystko potrzeba czasu. Doskonale dostrzegają to przybysze, którzy przyjeżdżają do Katowic od bardzo, bardzo dawna. M.in. mój kolega z Niemiec, który przyjechał do Katowic po bardzo wielu latach. Na naszym wspólnym spotkaniu klasowym zapytał, kto jest prezydentem tych Katowic, kto nimi zarządza, że to miasto się aż tak bardzo zmieniły? Na sali powstał śmiech wszyscy wskazali moją osobę i zrobiło się bardzo sympatycznie.
Katowice, jako miasto akademickie? Wzrost liczby studentów, uczelni prywatnych spowodowało zapotrzebowanie na mieszkania, stancje dla studentów. Czy miasto ma jakieś plany w tym kierunku?
P.U: Takie projekty mamy przygotowane na kilkaset mieszkań. Pierwsze mają być zrealizowane przy ul. Wojewódzkiej. Ma tam powstać sto kilkadziesiąt pokoi. Również budynki przy ul. Okrzei mają być modernizowane, a niektóre nawet budowane od nowa i tam mają powstać kolejne studenckie stancje. Również kamienice przy ul. Mariackiej 34 i 36 i cały ciąg mieszkań, tam również mogą powstać mieszkania akademickie.
W środowisku akademickim pojawiają się głosy, że Uniwersytet Śląski traci na atrakcyjności wśród mieszkańców spoza Górnego Śląska. Co raz mniej jest studentów z Podbeskidzia, Żywiecczyzny czy też Zagłębia. Profesorowie są tym zaniepokojeni, ponieważ wszyscy ci studenci pojawiają się na uczelniach prywatnych. Czy i dla tych osób znajdą się miejsca w ośrodkach akademickich?
P.U: Oczywiście, również i dla nich znajdzie się miejsce w naszych projektach. Budujemy mieszkania po to, aby zadowolić uczących się, którzy dojeżdżają na studia do Katowic.
Podsumowując chciałbym zadać jedno z najbardziej niewygodnych pytań. Jaka jest największa porażka Pana dwunastoletniej kadencji na stanowisku prezydenta.
P.U: Największa porażka, trudno powiedzieć. Na pewno nie porażka a chwilowe niezrealizowanie planu. Jestem bardzo niezadowolony z opóźnienia, jakie powstało przy przebudowie projektu rondo – rynek. Przede wszystkim przy budowie rynku, który powinien być szybciej zmodernizowany.
Chciałbym jeszcze zapytać, jakich wg. Pana i mieszkańców instytucji brakuje w Katowicach? Co należałoby jeszcze zbudować?
P.U: Żeby odpowiedzieć na to pytanie musielibyśmy przeprowadzić badania opinii publicznej. Takowych nie było. Jednak ja osobiście myślę, że w Katowicach przydałaby się większa ilość basenów. To na pewno byłoby dla mieszkańców bardzo przydatne.
A osobiście, jakie prezydent Uszok ma plany na najbliższy czas. Pozostaje Pan w polityce lokalnej, samorządowej czy może podobnie jak Kazimierz Kutz postara się Pan się dostać do senatu albo sejmu?
P.U: Na pewno chcę wygrać jeszcze wybory w tym roku. A potem będę chciał poszukać innego zajęcia. W grę wchodzą dwa wyjścia: pozostanie w życiu publicznym albo wycofanie się z niego.
Czy wobec tego kreuje Pan kogoś na swego następcę?
P.U: Jeszcze nie ma takiej osoby. Dlatego droga jest otwarta dla radnych wybranych w tegorocznych wyborach. Musi pojawić się jakaś ciekawa, ambitna osoba, która mogłaby zostać moim następcą i skutecznie kierować miastem.
Adam Kaczmarek

Dodaj komentarz